
(...)
Okazuje się, że nawet przy obecnie obowiązujących przepisach można nielegalnych handlarzy nękać dotkliwiej. Wystarczy, by patrolom straży miejskiej towarzyszył pracownik referatu handlu z delegatury dzielnicowej. W jego obecności można zażądać zaświadczenia o prowadzeniu działalności gospodarczej oraz dokumentów potwierdzających pochodzenie towaru. Ich brak jest podstawą nie tylko do wystawienia mandatu, ale też zarekwirowania towaru. Dlaczego łódzcy urzędnicy nie korzystają z tego prawa? Bo brakuje ludzi. Przyznaje to Jarosław Tumiłowicz, p.o. kierownik referatu handlu w delegaturze Górna.
- Tak naprawdę potrzebnych byłoby dwóch, trzech pracowników, którzy zajmowaliby się tylko takimi kontrolami - mówi Tumiłowicz. - W obecnej sytuacji kadrowej to jest po prostu niewykonalne.
Bartosz Domaszewicz, radny PO, który włączył się w walkę z nielegalnym handlem, zobowiązał się do końca sierpnia skontrolować delegatury.
- Chcę uzyskać z każdej delegatury raporty dotyczące możliwości zorganizowania takich wspólnych patroli - zapowiada Domaszewicz. - Po wakacjach napiszę interpelację do prezydenta albo apel, aby zatrudnił dodatkowych ludzi. Na to muszą się znaleźć w budżecie pieniądze. Inaczej nie zlikwidujemy nielegalnego handlu.
Pudełkowy handel jest na razie dowodem bezradności łódzkich urzędników. Legalnie handlujący mają prawo się niecierpliwić i żądać pomocy. Prawo jest po ich stronie i czas najwyższy, by władze miasta wykorzystały istniejące możliwości i egzekwowały jego przestrzeganie.
Monika Pawlak - POLSKA Dziennik Łódzki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz